Witam Was bardzo serdecznie, bardzo przepraszam, że nie dodaje nowych rozdziałów, ale zepsułam laptopa, a niby mam komputer, ale o wiele bardziej wole pisać na laptopie. Już oczywiście naprawiony jest, pisze już kolejny rozdział, ale bardzo Was proszę o cierpliwość. Nowy rozdział pojawi się wkrótce. Nie zamierzam z tego bloga rezygnować, więc rozdziały będę dodawać. I dziękuję Wam za wszystkie komentarze, nawet nie wiecie jak mnie to motywuje. Nox.
sobota, 1 czerwca 2013
wtorek, 5 marca 2013
Rozdział 4
Podczas pierwszego miesiąca pobytu w Hogwarcie zdążyłam już zauważyć, że nie nawidzę eliksirów i nigdy nie będę z nich dobra. Chociaż i tak profesor Snape traktował mnie znacznie lepiej niż innych uczniów musiał odznaczać się anielską cierpliwością.
Poza tym nie spędzam już czasu tylko z Luną, ale jeszcze z moim drugim najlepszym przyjacielem - Aureliuszem Trase'em - pierszorocznym Krukonem o kasztanowych włosach i bladej cerze. Nasza przyjaźń zaczęła się trochę nietypowo...Tydzień po przybyciu do Hogwartu w nocy śniły mi się koszmary; szłam ciemną, wąską uliczką z moją różdzkę w ręcę. Weszłam do jednego ze sklepów. Nagle coś zarzuciło mi się na szyję. Nie mogłam oddychać... Obudziłam się z krzykiem cała spocona i zgrzana. Długo leżałam, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie zasnę. Po niebie wywnioskowałam, że jest około trzecia w nocy. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc postanowiłam zejść na dół do Pokoju Wspólnego. Ku mojemu zdziwieniu zastałam tam właśnie Aurealiusza.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że tu ktoś jest - powiedziałam wycofując się w stronę sypialni.
- Ależ nie. Jesteś Konkordia, tak?
Kiwnęłam głową.
- Usiądź - zachęcał wskazując kanapę przy kominku.
Posłusznie zajęłam wskazane miejsce.
- Tak właściwie, to dlaczego jesteś tu, a nie w łóżku? - zapytałam patrząc w ogień.
- Nie mogłem spać. Koszmary. A ty?
- To samo.
- Aha, czyli to ty tak wrzasnęłaś? - roześmiał się.
- Aż tak to było słychać?
Humor mi się poprawił, tak dobrze nam się rozmawiało. Nawet nie zauważyłam jak do Pokoju Wspólnego zaczęli się schodzić uczniowie. Przyszła też Luna - była już ubrana. Więc szybko pożegnałam się z Aurealiuszem, powiedziałam, że spotkamy się na śniadaniu i pobiegłam na górę się ubrać.Gdy zeszłam z Luną szybko pobiegłyśmy do Wielkiej Sali. Pomachałam Draconowi na przywitanie i usiadłam obok Aureliusza. Poznałam go z Luną. Dowiedziałam się, że ulubionym przedmiotem Auliego jest obrona przed czarną magią, i że sam kiedyś chciałby zostać aurorem, jak jego tata. Powiedział, że jego mama jest mugolem. Słuchałam go z wielką uwagą. Zauważyłam, że uważnie przygląda się moim włosom. Czułam, że się rumienię. Gdy rozległ się dzwonek popędziliśmy na transmutację. Tym razem usiadłam obok Auliego. Zobaczyłam, że jak wyjęłam swoją różdżkę wzdrygnął się. O co mu chodziło? Czy on znał historię o mojej rzekomej krewnej? W pewnym sensie bałam się go o to zapytać, bo może bym go do siebie zraziła.
Po transmutacji zachowywał się normalnie. Nie było widać, że mnie nie lubi czy że się mnie boi. Zaproponował, żebyśmy poszli do biblioteki. Szybko złapałam Lunę za rękę i pociągnęłam za sobą.
W bibliotece usiedliśmy i przeglądaliśmy książki o różnych potworach. Natknęłam się na różne dziwadła, ale moją uwagę przykuł bazyliszek - ogromny wąż, który zabija wzrokiem. Auli patrzył na mnie z lekkim niepokojem. Gdy to zauważyłam przeszłam do innym magicznych stworzeń, jednorożców. Widziałam, że Luna w naszym towarzystwie świetnie się bawi. Mogła się pochwalić ogromną wiedzą m.in. o testralach, gnębiwtryskach... Zauważyłam, że Auli, w przeciwieństwie do innych uczniów, nie czuje urazy do Luny.
Gdy poszliśmy na obiad, usiadła z nami Ginny. Zapytałam co u niej, mając wielką nadzieję, że Draco tego nie widzi. Nie mogłam się skupić na niczym co opowiadała, chodź widziałam, że Auli i Luna pękają ze śmiechu. Gdy Luna oświadczyła, że musi już iść i odeszła, podeszła do nas Hermiona Granger, a za nią Harry Potter i Ron Weasley.
- Świetnie - pomyślałam.
Grzecznie się przywitałam, na początku z Hermioną, potem z Harrym i Ronem. Zauważyłam, że Weasley uważnie mi się przygląda. Modliłam się w duchu, żeby Draco tego nie zobaczył.
Pożegnałam się z wszystkimi uprzejmie, i odeszłam tłumacząc, że muszę znaleźć Zorę. Mój zawsze wierny przyjaciel, Auli, poszedł ze mną. Gdy odchodziliśmy czułam na sobie wzrok Rona, Harrego i Hermiony. Przy drzwiach jak zwykle czekał na mnie Draco. Gdy zobaczył Aureliusza kroczącego u mojego boku lekko się skrzywił.
- Draco, poznaj proszę Auliego.
- Cześć - powiedział Draco, przyglądając się mu z zaciekawieniem.
- Miło mi.
Pobiegliśmy z Aulim szybko do Pokoju Wspólnego Krukonów. Mieliśmy się zabrać za odrabianie lekcji. Zauważyłam, że jest bardzo inteligentny. Zapytałam go jak mu idą eliksiry. Odpowiedział, że świetnie, ale profesor Snape jest wobec niego bardzo niesprawiedliwy. Zrobiło mi się przykro. Auli pomógł mi w odrabianiu wszystkich lekcji, poszło mi więc znacznie szybciej. Poznałam go jeszcze z Zorą, Brandoną i Melanie, a on mnie z Heronem i Rosmanem.
Na tablicy ogłoszeń zauważyłam, że niedługo zaczynają się lekcje latania. Super! Czasami Draco pozwalał mi latać na swoich miotłach, i powiem nieskromnie, że całkiem nieźle mi to szło. Ani Luna, ani Auli nie byli z tego zadowoleni.
- To nie moja działka, nigdy nie byłam ani nie będę z tego dobra - wytłumaczyła Luna.
- Moi bracia po prostu mi wytłumaczyli, że nigdy nie będę taki jak oni - powiedział Auli.
Potem wszyscy zwartą grupą szliśmy na kolację do Wielkiej Sali. Gdy zajęliśmy już swoje miejsce, profesor Dumbledore oświadczył, że 31 października będziemy świętować Noc Duchów. Bardzo się ucieszyliśmy. Ukradkiem spojrzałam w stronę stołu Gryfonów. Harry, Ron i Hermiona patrzyli na mnie. Najszybciej jak mogłam spuściłam wzrok i zajęłam się jedzeniem soczystego kurczaka. Spojrzałam na Auliego - patrzył się na stół Gryfonów.
- Auli! - syknęłam.
- Tak? - powiedział niewinnie.
- Po co się na nich gapisz?
- Mógłbym ci zadać to samo pytanie.
Westchnęłam zrezygnowana. Auli zaczął chichotać. Spojrzałam na niego zła. Z trudem się opanował. Przez resztę wieczoru się do niego nie odzywałam. Gdy wracaliśmy, powiedział, że przeprasza. Uśmiechnęłam się od niego łobuzersko. Odwzajemnił ten uśmiech. I niewinnie spytałam go, czy nie pomógłby mi w pracach domowych w tym tygodniu. Wybuchnął śmiechem, ale powiedział, że tak. Pożegnałam się z nim i pobiegłam do sypialni dziewcząt. Jeszcze chwilę porozmawiałam z Melanie i zasnęłam, mając głęboką nadzieję, że nie wyląduję na ponurej ulicy ledwo oddychając.
Poza tym nie spędzam już czasu tylko z Luną, ale jeszcze z moim drugim najlepszym przyjacielem - Aureliuszem Trase'em - pierszorocznym Krukonem o kasztanowych włosach i bladej cerze. Nasza przyjaźń zaczęła się trochę nietypowo...Tydzień po przybyciu do Hogwartu w nocy śniły mi się koszmary; szłam ciemną, wąską uliczką z moją różdzkę w ręcę. Weszłam do jednego ze sklepów. Nagle coś zarzuciło mi się na szyję. Nie mogłam oddychać... Obudziłam się z krzykiem cała spocona i zgrzana. Długo leżałam, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie zasnę. Po niebie wywnioskowałam, że jest około trzecia w nocy. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc postanowiłam zejść na dół do Pokoju Wspólnego. Ku mojemu zdziwieniu zastałam tam właśnie Aurealiusza.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że tu ktoś jest - powiedziałam wycofując się w stronę sypialni.
- Ależ nie. Jesteś Konkordia, tak?
Kiwnęłam głową.
- Usiądź - zachęcał wskazując kanapę przy kominku.
Posłusznie zajęłam wskazane miejsce.
- Tak właściwie, to dlaczego jesteś tu, a nie w łóżku? - zapytałam patrząc w ogień.
- Nie mogłem spać. Koszmary. A ty?
- To samo.
- Aha, czyli to ty tak wrzasnęłaś? - roześmiał się.
- Aż tak to było słychać?
Humor mi się poprawił, tak dobrze nam się rozmawiało. Nawet nie zauważyłam jak do Pokoju Wspólnego zaczęli się schodzić uczniowie. Przyszła też Luna - była już ubrana. Więc szybko pożegnałam się z Aurealiuszem, powiedziałam, że spotkamy się na śniadaniu i pobiegłam na górę się ubrać.Gdy zeszłam z Luną szybko pobiegłyśmy do Wielkiej Sali. Pomachałam Draconowi na przywitanie i usiadłam obok Aureliusza. Poznałam go z Luną. Dowiedziałam się, że ulubionym przedmiotem Auliego jest obrona przed czarną magią, i że sam kiedyś chciałby zostać aurorem, jak jego tata. Powiedział, że jego mama jest mugolem. Słuchałam go z wielką uwagą. Zauważyłam, że uważnie przygląda się moim włosom. Czułam, że się rumienię. Gdy rozległ się dzwonek popędziliśmy na transmutację. Tym razem usiadłam obok Auliego. Zobaczyłam, że jak wyjęłam swoją różdżkę wzdrygnął się. O co mu chodziło? Czy on znał historię o mojej rzekomej krewnej? W pewnym sensie bałam się go o to zapytać, bo może bym go do siebie zraziła.
Po transmutacji zachowywał się normalnie. Nie było widać, że mnie nie lubi czy że się mnie boi. Zaproponował, żebyśmy poszli do biblioteki. Szybko złapałam Lunę za rękę i pociągnęłam za sobą.
W bibliotece usiedliśmy i przeglądaliśmy książki o różnych potworach. Natknęłam się na różne dziwadła, ale moją uwagę przykuł bazyliszek - ogromny wąż, który zabija wzrokiem. Auli patrzył na mnie z lekkim niepokojem. Gdy to zauważyłam przeszłam do innym magicznych stworzeń, jednorożców. Widziałam, że Luna w naszym towarzystwie świetnie się bawi. Mogła się pochwalić ogromną wiedzą m.in. o testralach, gnębiwtryskach... Zauważyłam, że Auli, w przeciwieństwie do innych uczniów, nie czuje urazy do Luny.
Gdy poszliśmy na obiad, usiadła z nami Ginny. Zapytałam co u niej, mając wielką nadzieję, że Draco tego nie widzi. Nie mogłam się skupić na niczym co opowiadała, chodź widziałam, że Auli i Luna pękają ze śmiechu. Gdy Luna oświadczyła, że musi już iść i odeszła, podeszła do nas Hermiona Granger, a za nią Harry Potter i Ron Weasley.
- Świetnie - pomyślałam.
Grzecznie się przywitałam, na początku z Hermioną, potem z Harrym i Ronem. Zauważyłam, że Weasley uważnie mi się przygląda. Modliłam się w duchu, żeby Draco tego nie zobaczył.
Pożegnałam się z wszystkimi uprzejmie, i odeszłam tłumacząc, że muszę znaleźć Zorę. Mój zawsze wierny przyjaciel, Auli, poszedł ze mną. Gdy odchodziliśmy czułam na sobie wzrok Rona, Harrego i Hermiony. Przy drzwiach jak zwykle czekał na mnie Draco. Gdy zobaczył Aureliusza kroczącego u mojego boku lekko się skrzywił.
- Draco, poznaj proszę Auliego.
- Cześć - powiedział Draco, przyglądając się mu z zaciekawieniem.
- Miło mi.
Pobiegliśmy z Aulim szybko do Pokoju Wspólnego Krukonów. Mieliśmy się zabrać za odrabianie lekcji. Zauważyłam, że jest bardzo inteligentny. Zapytałam go jak mu idą eliksiry. Odpowiedział, że świetnie, ale profesor Snape jest wobec niego bardzo niesprawiedliwy. Zrobiło mi się przykro. Auli pomógł mi w odrabianiu wszystkich lekcji, poszło mi więc znacznie szybciej. Poznałam go jeszcze z Zorą, Brandoną i Melanie, a on mnie z Heronem i Rosmanem.
Na tablicy ogłoszeń zauważyłam, że niedługo zaczynają się lekcje latania. Super! Czasami Draco pozwalał mi latać na swoich miotłach, i powiem nieskromnie, że całkiem nieźle mi to szło. Ani Luna, ani Auli nie byli z tego zadowoleni.
- To nie moja działka, nigdy nie byłam ani nie będę z tego dobra - wytłumaczyła Luna.
- Moi bracia po prostu mi wytłumaczyli, że nigdy nie będę taki jak oni - powiedział Auli.
Potem wszyscy zwartą grupą szliśmy na kolację do Wielkiej Sali. Gdy zajęliśmy już swoje miejsce, profesor Dumbledore oświadczył, że 31 października będziemy świętować Noc Duchów. Bardzo się ucieszyliśmy. Ukradkiem spojrzałam w stronę stołu Gryfonów. Harry, Ron i Hermiona patrzyli na mnie. Najszybciej jak mogłam spuściłam wzrok i zajęłam się jedzeniem soczystego kurczaka. Spojrzałam na Auliego - patrzył się na stół Gryfonów.
- Auli! - syknęłam.
- Tak? - powiedział niewinnie.
- Po co się na nich gapisz?
- Mógłbym ci zadać to samo pytanie.
Westchnęłam zrezygnowana. Auli zaczął chichotać. Spojrzałam na niego zła. Z trudem się opanował. Przez resztę wieczoru się do niego nie odzywałam. Gdy wracaliśmy, powiedział, że przeprasza. Uśmiechnęłam się od niego łobuzersko. Odwzajemnił ten uśmiech. I niewinnie spytałam go, czy nie pomógłby mi w pracach domowych w tym tygodniu. Wybuchnął śmiechem, ale powiedział, że tak. Pożegnałam się z nim i pobiegłam do sypialni dziewcząt. Jeszcze chwilę porozmawiałam z Melanie i zasnęłam, mając głęboką nadzieję, że nie wyląduję na ponurej ulicy ledwo oddychając.
sobota, 16 lutego 2013
Rozdział 3
Pokój Wspólny Ravenclawu to wieża. Sypialnie są w miarę duże, a pokój główny bardzo przytulny. W sypialni dziewcząt pierwszorocznych, oprócz mnie i Luny, są jeszcze: Brandona Picky – wysoka, szczupła, ciemnowłosa dziewczyna o niesamowicie jasnej karnacji; Melanie Xaprey – dziewczyna z burzą brązowych włosów; Zora Maley – brunetka o wiecznie wesołym wyrazie twarzy. Wszystkie są naprawdę bardzo miłe. Wybrałam sobie łóżko obok okna. Nie mogę się doczekać jutra! Pomimo podniecenia zasnęłam błyskawicznie szybko.
.~*~.
Obudziłam
się i rozejrzałam – Brandona i Melanie jeszcze spały, natomiast Luna siedziała
na swoim łóżku wpatrując się w okno. Po Zorze nie było śladu.
- Hej
– powiedziałam do Luny.
- O,
cześć, nie zauważyłam jak wstałaś – powiedziała jak zwykle rozmarzonym głosem.
- Jak
wrażenia? – zapytałam
-
Cieszę się, że jestem w Ravenclawie.
- To
fajnie. No to co, idziemy za chwilę na śniadanie?
-
Jasne.
Dopiero
gdy zeszłyśmy z Luną na śniadanie do Wielkiej Sali przypomniałam sobie o tym,
jak cudowna była wczorajsza uczta po Ceremonii Przydziału. Usiadłyśmy z Luną
obok Zory, która na nasz widok uśmiechnęła się. Rozmawiałyśmy chwilę o nadchodzących
lekcjach, ale potem Zora odeszła, więc chciałam pogadać z Luną o wczorajszym
incydencie w pociągu.
-
Luna, bardzo mi przykro, za to co wczoraj powiedział Draco. Wybacz, on naprawdę
nie chciał cię urazić.
- Nie
ma sprawy, naprawdę – powiedziała Luna patrząc na stojącą przed nią owsiankę.
-
Serio? Och, Luna! – zawołałam. – Szybko, kończmy śniadanie, za chwilę będzie
dzwonek.
- Idź,
za chwilę cię dogonię – powiedziała rozmarzonym jak to zwykle u niej głosem.
Chciałam
już wstać, ale nagle zaczęły się zlatywać sowy.
-
Poczta! – ktoś zawołał.
Więc
musiałam poczekać i zobaczyć czy przypadkiem coś do mnie nie przyszło. Wśród
wielu latających sów, rozpoznałam jasnobrązową sowę Malfoyów. Leciała w stronę
stołu Ślizgonów. Po chwili jednak, podleciała do mnie. Odpięłam list z jej nogi
i zaczęłam go nerwowo otwierać. Wiedziałam już, że to od Narcyzy. Po chwili
jednak przeczytałam :
Droga Konkordio!
Wiem już, że jesteś w
Ravenclawie. Pewnie jesteś załamana, ale naprawdę nie ma się czym martwić! To
tylko domy. Pamiętaj, że Draco zawsze Ci chętnie pomoże lub udzieli rady. Pisz
do nas od czasu do czasu, ucz się pilnie i nie sprawiaj nam kłopotów.
Narcyza i Lucjusz
Moje
rozważania na temat listu przerwały jednak krzyki starszej kobiety. Spojrzałam
na Lunę, a ona nie patrząc na mnie wskazała stół Gryfonów. Siedział tam
rudowłosy chłopiec, na oko z drugiego roku, przed którym był wyjec – to z niego
dobiegały te wrzaski. Szybko spojrzałam na stół Ślizgonów – Draco pękał ze
śmiechu. No tak, przecież ten rudowłosy to Ron Weasley, a obok niego siedział
nie kto inny jak Harry Potter. W końcu go zobaczyłam! Nie widziałam go podczas
wczorajszej uczty. Spojrzałam jeszcze raz na Dracona, uniosłam pytająco brwi, a
on tylko się do mnie uśmiechnął.
Gdy
odbył się dzwonek szybko popędziłyśmy z Luną do Sali od zaklęć i uroków. Powitał
nas profesor Filius Flitwick – opiekun naszego domu. Jest to bardzo niski
człowieczek, który żeby dosięgnąć katedry musi stanąć na stosie książek. Atmosfera
w jego klasie jest luźna, zawsze była – tak przynajmniej opowiadał Draco. Usiadłam
między Luną, a Zorą, kiedy do klasy wpadły Melanie i Brandona. Na ich widok
wszyscy parsknęli śmiechem – obie miały jeszcze w buzi resztki tostów i
owsianki, miały poczochrane włosy i niedbale założone szaty.
-
Przepraszamy za spóźnienie – powiedziała Brandona.
-
Dobrze, już dobrze – odpowiedział piskliwym głosem Flitwick. – Siadajcie.
Gdy
już usiadły, słyszałam jak Melanie mówi do Zory:
-
Dlaczego nas nie obudziłyście?
Po
bezskutecznym godzinnym zmuszaniu obiektów do lotu przyszedł czas na
transmutację. W tej klasie Luna usiadła z Melanie, Zora z Brandoną, ja zaś
usiadłam z Gryfonką – Ginny Weasley. Początkowo czułam do niej ogromną niechęć,
ale zanim profesor McGonagall weszła do klasy nawet fajnie się z nią
rozmawiało. Profesor McGonagall była zupełnym przeciwieństwem profesora Flitwicka
– atmosfera w jej klasie była napięta, a ona zaś bardzo pilnowała dyscypliny.
Wytłumaczyła, że transmutacja to najbardziej niebezpieczna dziedzina magii,
której będziemy się uczyć w Hogwarcie. Dała pokaz swoich umiejętności. Zamieniła
pustą klatkę w kredens, a kredens w klatkę. Nie mogę się doczekać, aż ja będę
tak umiała. Dzisiaj nie mam eliksirów, ale mamy o północy astronomię, a teraz
jeszcze dwie godziny obrony przed czarną magią.
Wraz
z Melanie szłyśmy do klasy rozmawiając i przeglądając książki, gdy nagle za
nami Zora głośno pisnęła. Obróciłyśmy się w jej stronę – patrzyła się przed
siebie uśmiechając się szeroko. Spojrzałyśmy na co ona się tak patrzy i
zobaczyłyśmy Gilderoya Lockharta. Rozmawiał z profesor McGonagall. Nawet z tej
odległości można zobaczyć jego śnieżnobiałe, proste zęby. Wszystkie dziewczyny
weszły po dzwonku do jego klasy ciągle się potykając. Wszystkie oprócz mnie,
Luny i Ginny. Usiadłyśmy wszystkie blisko siebie.
-
Witam – powiedział Lockhart. – Gilderoy Lockhart, kawaler Orderu Merlina
Trzeciej Klasy, honorowy członek Ligi Obrony przed Czarną Magią i pięciokrotny
laureat nagrody Najbardziej Czarującego Uśmiechu tygodnika „Czarownica”. A
więc, na dzisiejszej lekcji, jak wszystkie klasy zresztą rozwiążecie teścik.
Macie 30 minut – rozdał arkusze szczerząc zęby.
Spojrzałam
na swój arkusz, potem ze zdziwieniem na Ginny, bo przeczytałam na nim pierwsze
trzy pytania :
1.Jaki
jest ulubiony kolor Gilderoya Lockharta?
2.Jakie
jest skryte pragnienie Gilderoya Lockharta?
3.Jakie
jest, według ciebie, największe osiągnięcie Gilderoya Lockharta?
Takich
pytań było 54. Z Ginny z trudem powstrzymałyśmy śmiech.
-
Koniec czasu! - krzyknął Lockhart zbierając i oglądając prace. – Gdzie są panny
Lovegood, Tonks i Weasley?
Uniosłyśmy
ręce.
-
No widzę, że nieco różnicie się od innych dziewcząt, chociaż dwie z was to
Krukonki. Tak, tak… Też byłem Krukonem. No, ale w każdym razie bardzo się
różnicie od innych dziewcząt. Nie czytałyście moich dzieł?
Pokręciłyśmy
głowami.
-
A można wiedzieć dlaczego nie zechciałyście tego zrobić?
-
Wie pan, moja mama ma świra na pana punkcie, dlatego ja mam po prostu tego
dosyć – odezwała się Ginny.
-
Rozumiem… A panna Tonks?
-
Nie miałam okazji.
-
Aha… Lovegood?
-
Mój tata mówi, że nie chce, żebym czytała takie rzeczy. Ja osobiście wolę wyjść
na dwór niż siedzieć w domu i czytać książki.
Wtedy
rozległ się dzwonek na przerwę. Szybko z Luną i Ginny wyszłyśmy z klasy.
Pobiegłyśmy na Dziedziniec Transmutacji, usiadłyśmy na jednej z ławek,
spojrzałyśmy się jedna na drugą i wybuchnęłyśmy śmiechem.
-
Hahahahaha, o Boże – śmiała się Ginny.
-
Narobiłyśmy sobie już pierwszego dnia – powiedziała ledwo żywa ze śmiechu Luna.
Wtedy
podeszły do nas Melanie, Zora i Brandona.
-
Jak mogłyście nie znać odpowiedzi na te pytania? – zaczęła Zora.
Męczyły
nas tak przez całą przerwę.
Następna
lekcja obrony przed czarną magią to była pogadanka na temat testów. A to
podobno historia magii jest najnudniejszym przedmiotem w tej szkole.
Gdy
wyszłyśmy z klasy razem z Luną pożegnałyśmy Ginny i ruszyłyśmy w stronę
Wielkiej Sali. Usiadłyśmy, nałożyłyśmy sobie udka z kurczaka, tłuczone
ziemniaki i surówkę z marchwi i jabłek. Obok nas usiadła Penelopa Clearwater –
prefekt Krukonów. Dopytywała się o wrażenia związane z pierwszym dniem szkoły.
Była bardzo miła. Gdy Luna skończyła już ciasto truskawkowe oświadczyła, że
musi już iść i że spotkamy się w Pokoju Wspólnym. Pięć minut po jej odejściu,
ja również wstałam. Przy drzwiach do Wielkiej Sali stał Draco. Był sam.
-
Toni! Ej, Toni!
-
Co chcesz, Draco? Może poczytać trochę śmiecia, co? Przepraszam, ale akurat go
nie wzięłam.
-
Toni, przepraszam za to jak się wczoraj zachowywałem w pociągu. Czemu od razu
nie powiedziałaś, że chcesz usiąść gdzie indziej? Myślisz, że to mógł być jakiś
problem?
Milczałam.
Po chwili objął mnie mocno.
-
Przecież bym zrozumiał, że chcesz siedzieć z kimś innym. Możesz mi zawsze
wszystko powiedzieć. Jesteś moją kuzynką i najlepszą przyjaciółką.
-
Serio zawsze mogę ci wszystko powiedzieć?
-
Zawsze.
-
Uch, no dobrze. Według mnie Pansy Parkinson jest kompletną kretynką, a Crabbe’a
i Goyle’a się boję.
-
No widzisz Toni. A ja nie lubię Luny, ale postaram się polubić. Poza tym nie
musisz ich lubić. Wystarczy, że będziesz lubiła mnie, okej?
-
Przecież ciebie najbardziej lubię. Ale zrobiłbyś coś dla mnie?
-
Co tylko chcesz.
-
Dobrze. Mógłbyś przeprosić Lunę?
-
Toni…
-
Proszę…
-
Okej, przeproszę ją.
-
Och, dzięki. Na kolacji, dobrze?
-
Dobrze.
Dopiero
teraz puścił mnie z objęć. Szybko się z nim pożegnałam i pobiegłam do Pokoju
Wspólnego Krukonów. Luna akurat odrabiała lekcje na kanapie. Usiadłam obok niej
i również zaczęłam robić zadanie. Przede wszystkim ćwiczyłam zmuszanie obiektów
do lotu. Udało mi się! Pogadałam jeszcze z Melanie, która jest mugolakiem, o
malowaniu paznokci. Ci mugole… Kto wpadł na pomysł, żeby malować sobie na różne
kolory paznokcie?
Szybko
potem zeszłyśmy na kolację. Już usiadłyśmy gdy nagle podszedł do nad Draco.
-
Luna, chciałem cię przeprosić, za to co powiedziałem wczoraj w pociągu.
Naprawdę tak nie myślałem.
-
W porządku, naprawdę.
-
Serio? Bo naprawdę przepraszam…
-
Spokojnie, serio.
-
No dobrze, w takim razie smacznego i cześć.
Uśmiechnęłam
się sama do siebie – Luna rzeczywiście teraz wydawała się taka szczęśliwsza.
Po
kolacji tak nie chciało mi się iść na astronomię… Co prawda, zaczyna się ona dopiero o północy,
ale teraz trzeba się trochę zdrzemnąć, żeby jutro rano nie spóźnić się na
pierwszą lekcję.
Równo o
północy zaczęła się lekcja. Byłam zmęczona, ale udało mi się coś zapamiętać.
Gdy tylko weszłyśmy do naszej sypialni, przebrałam się w piżamę, wskoczyłam do
łóżka i natychmiast zasnęłam.
piątek, 8 lutego 2013
Rozdział 2
Dręczyły mnie sny o nieznanej krewnej, więc obudziłam się jeszcze przed czasem. Wstałam i postanowiłam jeszcze raz przejrzeć czy na pewno wszystko mam spakowane. Kiedy była już właściwa godzina na śniadanie zeszłam na dół. Narcyza zdziwiła się na mój widok.
- Czy coś się stało? – zapytała z niepokojem.
- A co się miało stać?
- Jesteś o właściwej porze na śniadaniu – roześmiała się.
Też się roześmiałam.
- Skoro jesteś wcześniej, mogłabyś obudzić Dracona? – spytała.
- Jasne.
Poszłam do jego pokoju. Był takich samych rozmiarów jak mój, ale było w nim zdecydowanie więcej rzeczy, przez to też był większy bałagan. Podeszłam do jego łóżka i powiedziałam dość głośno: „Draco, dziś jedziemy do szkoły, wstawaj!”. Mruknął coś w stylu: „Za chwilę, mamo…”. Sytuacja się oczywiście powtórzyła. Trudno, nie mam wyboru. Pobiegłam szybko do łazienki, napełniłam wiadro, które stało przy umywalce, wodą i wróciłam do pokoju mojego ukochanego kuzyna. Mruknęłam, że przepraszam, ale naprawdę nie mam wyjścia. Wylałam na niego całą wodę, która była w wiadrze. Nie minęła sekunda, a już był na nogach i chwycił różdżkę wycelowaną we mnie. Nie mogłam wytrzymać, więc wybuchnęłam śmiechem. Oczy wyszły mu na wierzch, jak zobaczył, że to ja. Pobiegłam szybko na dół, nie chcąc być obiektem jego wrzasków. Narcyza, gdy tylko weszłam do kuchni skończyła poganiać Zgredka tylko spytała się mnie czy pobudziłam Dracona. Z uśmiechem kiwnęłam głową. Po chwili do kuchni wpadł Draco. Gdy Malfoyowie go zobaczyli, mokrego od stóp do głowy, spojrzeli na mnie, potem znowu na Dracona i wybuchneli śmiechem. Potem na śniadaniu Draco był obrażony na cały świat. Skończyliśmy posiłek w pośpiechu, bo przecież o jedenastej mieliśmy już pociąg do Hogwartu. Zabrałam szybko spakowany kufer z inicjałami K. T., Amortencję i wsiadłam do samochodu. Właściwie nie wiem, czemu się tak śpieszyliśmy, bo i tak na peronie byliśmy w pół do jedenastej. Na peron wchodziłam, już w zeszłym roku, gdy odprowadzałam na pociąg Dracona. Teraz też musieliśmy przejść przez barierkę między dziewiątym a dziesiątym peronem na stacji King’s Cross. Ponieważ do pociągu nie można było jeszcze wsiadać czekaliśmy na peronie. W między czasie chciałam kogoś poznać. Obok mnie stanęła dziewczyna z długimi blond, trochę kręconymi włosami. Jej rozmarzone oczy patrzyły gdzieś za pociąg. Na szyi miała naszyjnik z kapsli. Ubrana była w dżinsową spódnicę, fioletowe rajstopy i niebieski sweter. Wyglądało na to, że też idzie w tym roku po raz pierwszy do Hogwartu.
- Jak się nazywasz? – zapytałam.
- Luna Lovegood – odparła. – A ty?
- Konkordia Tonks. Też idziesz pierwszy raz do Hogwartu?
- Tak. Chciałabyś być w jakimś szczególnym domu?
- W Slytherinie. A ty?
- Ja? Nie wiem – powiedziała rozmarzonym głosem. – O! Widzę, że masz kota. Jak się wabi?
- Amortencja – odpowiedziałam. – Lubi cię – dodałam po chwili.
Luna wyraźnie się ucieszyła. Gadałyśmy jeszcze tak przez chwilę. Luna była fajna – trochę dziwna, ale naprawdę ją polubiłam. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. To Lucjusz. Powiedział, że już czas wsiadać. Uściskałam i jego i Narcyzę, i poszłam z Draconem. Powiedział, żebym siadała tutaj wskazując przedział, w którym siedzieli już najlepsi przyjaciele mojego kuzyna – Crabbe i Goyle (obaj z Slytherinu) oraz Pansy Parkinson – Ślizgonka. Nie chciałam tutaj siadać – Crabbe i Goyle to przygłupy (ale oczywiście nigdy nie powiedziałam tego Draconowi), a Pansy Parkinson jest strasznie wkurzająca, myśli, że ją lubię i jest dla mnie wzorem. Wolałabym usiąść z Luną. Zaczęła mi opowiadać o naprawdę fascynujących stworzeniach magicznych i naprawdę byłam ciekawa o czym mi jeszcze opowie. Pansy zaczęła coś do mnie gadać, myśląc, że ją słucham. W rzeczywistości zaczęłam się zastanawiać nad przydzieleniem do domu. Gdy tak o tym myślałam, nie zorientowałam się nawet, że Draco zdążył już kupić czekoladowe żaby, fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, balonówki Drooblego, paszteciki z dyni i wiele innych pysznych rzeczy. Gdy się już objadłam, chciałam się przejść po pociągu. Brzuch mnie bolał, więc potrzebowałam trochę ruchu. Uznałam to za niezłą wymówkę, żeby pójść do przedziału Luny.
- Draco, idę się przejść – powiedziałam niewinnie.
Pansy podejrzliwie mi się przyglądała.
- Dobra, ale zaraz wracaj. Niedługo wysiadamy – odparł Draco.
Ucieszona wyszłam z przedziału, w którym większość osób to kretyni. Szybkim krokiem przechodziłam przez wagony pociągu. W końcu znalazłam Lunę, siedzącą samotnie w przedziale. Czytała „Żonglera”.
- Cześć Luna.
- O, cześć Toni.
- Przepraszam, że nie usiadłam z tobą od razu, ale byłam zmuszona usiąść z moim kuzynem i bandą jego przygłupich kolegów i idiotycznej koleżanki.
- Nie ma sprawy. Przeczytałam sobie trochę artykułów z „Żonglera”. Mój tata jest jego redaktorem naczelnym.
- Serio? Ale fajnie! Masz tego trochę? Chciałabym sobie poczytać.
Luna kiwnęła głową. Tak świetnie się siedziało w przedziale Luny, że nawet nie zauważyłam jak zaczęła się szykować. Nagle do przedziału wpadł Draco. Nie wyglądał na zadowolonego.
- Toni! Co ty tu robisz? Wszędzie cię szukamy. Za minutę wjeżdżamy na peron!
- Przepraszam Draco, ale zupełnie straciłam poczucie czasu.
Dopiero wtedy Draco zauważył, że trzymam w ręce „Żonglera”.
- Wiem kim ty jesteś – zwrócił się do Luny. – Jesteś Lovegood, tak?
- Tak – powiedziała.
- Twój ojciec to redaktor naczelny tego śmiecia, zgadza się? – powiedział wskazując na „Żonglera”.
- Draco! – krzyknęłam pełna złości. Co on sobie wyobraża? Nie znałam go od tej strony. Czy rzeczywiście zawsze był taki? Nie mogłam w to uwierzyć! Po chwili milczenia spojrzał na mnie.
- Toni, wychodzimy – powiedział. – Pansy, Crabbe i Goyle już czekają.
- Cześć – powiedziałam smętnie do Luny.
Na pierwszy rzut oka Luna w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego co się przed chwilą stało. Jednak, gdy spojrzy się jej w oczy zauważy się, że nie ma tam rozmarzenia jak zwykle, ale smutek.
- Cześć – rzuciła, równie smętnie jak ja.
Draco w ogóle się do mnie nie odzywał, a jak wyszliśmy na peron, rzucił tylko, że ma nadzieję, że zobaczymy się w Slytherinie.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni, tutaj! – zawołał kudłaty facet wielkości dwóch dorosłych mężczyzn. Poszłam w jego kierunku.
- Pirszoroczni tradycyjnie dopływają do Hogwartu łódkami przez jezioro. Za mną! – oznajmił facet.
.~*~.
Po dopłynięciu łódkami do ogromnej szkoły wprowadzono przez wielką bramę gdzie powitała nas wysoka czarnowłosa czarownica o srogiej twarzy. Przedstawiła się jako profesor McGonagall. Otworzyła szerzej drzwi i wprowadziła nas do sali wejściowej.
- W Hogwarcie są cztery domy: Gryffindor, Slytherin, Ravenclaw, Huffelpuff. Podczas waszego pobytu w Hogwarcie każdy dom zastępuje rodzinę. Za osiągnięcia wasz dom zyskuje punkty, a za przewinienia wasz dom traci punkty. Dom, który osiągnie największą liczbę punktów przy końcu roku zdobędzie Puchar Domów. Ceremonia przydziału odbędzie się w Wielkiej Sali przed wszystkimi uczniami – wyjaśniła i wyszła z komnaty.
Wszyscy zaczęli przygładzać sobie włosy, poprawiać szaty… Wtedy profesor McGonagall przyszła żeby wprowadzić nas do Wielkiej Sali. Salę rozświetlały tysiące świec unoszących się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedzieli uczniowie. Spostrzegłam Dracona, w towarzystwie pół mózgów. Uważnie mi się przyglądał. Byłam zdenerwowana. Wstał dyrektor szkoły – Albus Dumbledore. Rozpoczął przemówienie. Nie miałam głowy do słuchania – bolał mnie brzuch, kręciło mi się w głowie i nie mogłam się na niczym skupić. McGonagall wyjęła tiarę, którą opisała jako Tiarę Przydziału. Tiara zaczęła śpiewać pieśń o jednoczeniu się i domach Hogwartu i ich założycielach. Profesor McGonagall zaczęła wyczytywać imiona pierwszoroczniaków.
- Luna Lovegood – zawołała.
Luna podeszła do stołka i usiadła na nim. McGonagall położyła na jej głowie Tiarę Przydziału.
- Lovegood, Lovegood, do jakiego domu by cię tu przydzielić? – mruczała tiara. – Ravenclaw! – zawołała po chwili.
Właściwie nie wiem czy mam się cieszyć, czy smucić – przecież sama nie wiedziałam do jakiego domu trafię.
McGonagall wołała Ginny Weasley, Colina Cleeveya i jeszcze trochę osób, aż w końcu…
- Konkordia Tonks – powiedziała.
Podeszłam do stołka niepewnym krokiem. Gdy już usiadłam, szybko odnalazłam wzrokiem Dracona. Uniósł wyżej głowę. Poczułam, że na moją głowę opada tiara.
- A no tak! Kolejna Tonks. Była już tu twoja siostra, pamiętam. No dobrze, ale czas już przydzielić cię do domu. No tak… Ravenclaw! – krzyknęła.
Draco spojrzał na mnie z wyrzutem. Ja zaś w pewnym sensie poczułam ulgę – byłam w końcu w tym samym domu co Luna!
poniedziałek, 4 lutego 2013
Obudził mnie krzyk Narcyzy, wołającej mnie na śniadanie. Wstałam z wielkiego łóżka i spojrzałam w lustro. Urodę odziedziczyłam z pewnością po ciotce wołającej mnie w tej chwili z dołu. Długie, jasne, proste, włosy związałam w niskiego kucyka, założyłam szlafrok i zeszłam do wielkiej, przestronnej kuchni, w której krzątał się Zgredek - nasz domowy skrzat. Przy stole siedział już mój kuzyn, Draco. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się.
- Szybko Zgredku, podaj Konkordii śniadanie - powiedziała Narcyza.
Zgredek kiwnął głową i podał mi kanapki z kawiorem i sok dyniowy.
- Rodzice kupują mi i całej drużynie Ślizgonów nowe miotły - oznajmił z dumą Draco.
- Jaki model? - zapytałam.
- Nimbus 2001.
Uśmiechnęłam się mimo woli. Byłam zdenerwowana. Narcyza dokładnie to wyczuła.
- Konkordio, nie przejmuj się, że nie jest pewne, czy trafisz do Slytherinu. To nie twoja wina - powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, ale z zakłopotaniem w oczach. Miała rację. To nie moja wina. To wina mojej matki, bo związała się z mugolem i uczyniła ze mnie mieszańca. Matka mnie porzuciła, wolała Nimfadorę - moją starszą siostrę. Przygarnęła mnie Narcyza. Zamyślona nie zauważyłam jak Amortencja, mój kot, wskoczył mi na kolana. Pogładziłam jej czarne futerko, wzięłam ją na ręce i pobiegłam na górę do swojego pokoju. Zaraz gdy tam weszłam w pośpiechu się ubrałam, uczesałam i złapałam list z Hogwartu. Gdy zeszłam na dół, Narcyza, Lucjusz i Draco już na mnie czekali. Na dworze stał już samochód Ministerstwa Magii - miejsca pracy Lucjusza. Gdy byliśmy już na ulicy Pokątnej poszłam z Narcyzą do Madame Malkin, kupić szatę, a Draco z Lucjuszem poszli w inną stronę.
Następnie poszłyśmy do Ollivandera - wytwórcy różdżek. Gdy weszłyśmy do pustego, ciemnego sklepu, pan Ollivander spojrzał na mnie.
- O, panna Tonks. Spodziewałem się pani - powiedział - Witaj Narcyzo - po chwili dodał.
Uważnie mu się przyglądałam.
- Na początku - powiedział podając mi różdżkę - może ta?
Wzięłam ją do ręki i machnęłam. Wszystkie wazony pękły i trysnęła z nich woda. Pośpiesznie odłożyłam różdżkę. Pan Ollivander nic nie powiedział, tylko od razu zaczął szukać innej. Było jeszcze kilka nieudanych prób. W końcu wziął niepewnie jedno pudełko, jakby się wahał czy mi je dać. Ostatecznie jednak podał mi różdżkę, która była w środku. Wzięłam ją do ręki. Była ciemnobrązowa, sztywna, krzywa. Ogarnęło mnie cudowne uczucie, poczułam przyjemny chłód na całym ciele, na sercu mi ulżyło. Pan Ollivander nie wyglądał na zaskoczonego, Narcyza także, raczej na przestraszoną.
- Orzech i włókno ze smoczego serca. Dwanaście i trzy czwarte cala, panno Tonks – roześmiał się nerwowo – Mam jednak nadzieję, że nie będzie panna czyniła tego samego, co panny krewna bliźniaczą rożdżką.
Spojrzalam pytajaco na Narcyze - o co chodzi Ollivanderowi? Nic nie wiedzialam o zadnej krewnej. I o jakie czynienie chodzilo? Moja ciotka szybko podziekowala Ollivanderowi, zaplacila i pospiesznie wyszla.
Gdy wyszlysmy zapytalam sie Narcyzy o jaka krewna chodzilo. Odpowiedziala, ze pan Ollivander na pewno sie pomylil, ale widac bylo, ze klamie. Nie robilam awantury. Gdy kupilysmy juz kociolek, poszlysmy do ksiegarni Esy i Floresy po ksiazki. Z ksiazkami szybko poszlo. Mialam juz dosc zakupow na dzisiaj. Przy samochodzie spotkalysmy juz Dracona z Lucjuszem. Lucjusz mial rozcieta warge. Narcyza szybko do niego podbiegla. Spojrzalam pytajaco na Dracona, ale on tylko wzruszyl ramionami. Gdy wracalismy Lucjusz nam opowiedzial, ze pobil sie z Arturem Weasleyem. Gdy weszlismy do dworu, Narcyza powiedziala, zebysmy z Draconem zabrali zakupy i poszli do swoich pokojow. Gdy wykonalam polecenie, Draco wszedl do mojego pokoju.
- Moge? - zapytal.
Kiwnelam glowa. Usiadl na lozku i powiedzial, ze byl dzis w bardzo ciekawym miejcu z ojcem. Nie zrozumialam - przeciez caly dzien robilismy zakupy. Powiedzial, ze byl na ulicy Smiertelnego Nokturnu. Spojrzalam na niego pytajaco. Rozesmial sie.
- Czy ty w koncu dzis cos powiesz? W ogole sie nie odzywasz - powiedzial.
- Masz racje, przepraszam. Po prostu strasznie sie denerwuje do jakiego domu mnie przydziela. No to co to jest ta ulica Smiertelnego Nokturnu?
Opowiedzial mi, ze to ulica rownolegla do ulicy Pokatnej. Robia tam zakupy czarnoksieznicy. Bylam zdumiona, co oni tam robili? Powiedzial, ze jego tata zalatwial cos na jednym ze sklepow z tej ulicy. Zaproponowal, zebym pokazala mu swoja nowa rozdzke. Gdy mu ja podawalam, spytalam sie czy nie wie czegos o tej krewnej, o ktorej mowil Ollivander. Powiedzial, ze nie. Szkoda. Teraz zarzadalam, zeby mi opowiedzial cos o bojce w Esach i Floresach. Powiedzial, ze Artur Weasley to ojciec najlepszego kumpla Harrego Pottera, Rona Weasleya. Harry i Ron to najwieksi wrogowie Dracona, juz mi o nich opowiadal. Artur jednoczesnie jest tez pracownikiem Ministerstwa Magii, ale naprawde slabo zarabia. Nie moglismy juz rozmawiac dluzej, ale zawolano nas na kolacje. Dzis byla wyjatkowo wczesnie, bo jutro przeciez razem z Draconem ruszamy do Hogwartu.
Me ☻
No czesc. Kolejny blog z serii Harry Potter. Tylko nie dla mugoli.
Ten blog bedzie sie roznil od innyc,bo przedstawia postac,ktora nie istnieje w serii o Harrym.
Jest to mlodsza siostra Nimfadory Tonks,ktora wychpwuje sie w dworze Malfoy'ow.
Mam nadzieje ,ze przygody Konkordii Tonks przypadna Wam do gustu.
A jak by co ja jestem Asia ,a od wygladu jest Garus
Ten blog bedzie sie roznil od innyc,bo przedstawia postac,ktora nie istnieje w serii o Harrym.
Jest to mlodsza siostra Nimfadory Tonks,ktora wychpwuje sie w dworze Malfoy'ow.
Mam nadzieje ,ze przygody Konkordii Tonks przypadna Wam do gustu.
A jak by co ja jestem Asia ,a od wygladu jest Garus
Subskrybuj:
Posty (Atom)