piątek, 8 lutego 2013

Rozdział 2


Dręczyły mnie sny o nieznanej krewnej, więc obudziłam się jeszcze przed czasem. Wstałam i postanowiłam jeszcze raz przejrzeć czy na pewno wszystko mam spakowane. Kiedy była już właściwa godzina na śniadanie zeszłam na dół. Narcyza zdziwiła się na mój widok.
- Czy coś się stało? – zapytała z niepokojem.
- A co się miało stać?
- Jesteś o właściwej porze na śniadaniu – roześmiała się.
Też się roześmiałam.
- Skoro jesteś wcześniej, mogłabyś obudzić Dracona? – spytała.
- Jasne.
Poszłam do jego pokoju. Był takich samych rozmiarów jak mój, ale było w nim zdecydowanie więcej rzeczy, przez to też był większy bałagan. Podeszłam do jego łóżka i powiedziałam dość głośno: „Draco, dziś jedziemy do szkoły, wstawaj!”. Mruknął coś w stylu: „Za chwilę, mamo…”. Sytuacja się oczywiście powtórzyła. Trudno, nie mam wyboru. Pobiegłam szybko do łazienki, napełniłam wiadro, które stało przy umywalce, wodą i wróciłam do pokoju mojego ukochanego kuzyna. Mruknęłam, że przepraszam, ale naprawdę nie mam wyjścia. Wylałam na niego całą wodę, która była w wiadrze. Nie minęła sekunda, a już był na nogach i chwycił różdżkę wycelowaną we mnie. Nie mogłam wytrzymać, więc wybuchnęłam śmiechem. Oczy wyszły mu na wierzch, jak zobaczył, że to ja. Pobiegłam szybko na dół, nie chcąc być obiektem jego wrzasków. Narcyza, gdy tylko weszłam do kuchni skończyła poganiać Zgredka tylko spytała się mnie czy pobudziłam Dracona. Z uśmiechem kiwnęłam głową. Po chwili do kuchni wpadł Draco. Gdy Malfoyowie go zobaczyli, mokrego od stóp do głowy, spojrzeli na mnie, potem znowu na Dracona i wybuchneli śmiechem. Potem na śniadaniu Draco był obrażony na cały świat. Skończyliśmy posiłek w pośpiechu, bo przecież o jedenastej mieliśmy już pociąg do Hogwartu. Zabrałam szybko spakowany kufer z inicjałami K. T., Amortencję i wsiadłam do samochodu. Właściwie nie wiem, czemu się tak śpieszyliśmy, bo i tak na peronie byliśmy w pół do jedenastej. Na peron wchodziłam, już w zeszłym roku, gdy odprowadzałam na pociąg Dracona. Teraz też musieliśmy przejść przez barierkę między dziewiątym a dziesiątym peronem na stacji King’s Cross. Ponieważ do pociągu nie można było jeszcze wsiadać czekaliśmy na peronie. W między czasie chciałam kogoś poznać. Obok mnie stanęła dziewczyna z długimi blond, trochę kręconymi włosami. Jej rozmarzone oczy patrzyły gdzieś za pociąg. Na szyi miała naszyjnik z kapsli. Ubrana była w dżinsową spódnicę, fioletowe rajstopy i niebieski sweter. Wyglądało na to, że też idzie w tym roku po raz pierwszy do Hogwartu.
- Jak się nazywasz? – zapytałam.
- Luna Lovegood – odparła. – A ty?
- Konkordia Tonks. Też idziesz pierwszy raz do Hogwartu?
- Tak. Chciałabyś być w jakimś szczególnym domu?
- W Slytherinie. A ty?
- Ja? Nie wiem – powiedziała rozmarzonym głosem. – O! Widzę, że masz kota. Jak się wabi?
- Amortencja – odpowiedziałam. – Lubi cię – dodałam po chwili.
Luna wyraźnie się ucieszyła. Gadałyśmy jeszcze tak przez chwilę. Luna była fajna – trochę dziwna, ale naprawdę ją polubiłam. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. To Lucjusz. Powiedział, że już czas wsiadać. Uściskałam i jego i Narcyzę, i poszłam z Draconem. Powiedział, żebym siadała tutaj wskazując przedział, w którym siedzieli już najlepsi przyjaciele mojego kuzyna – Crabbe i Goyle (obaj z Slytherinu) oraz Pansy Parkinson – Ślizgonka. Nie chciałam tutaj siadać – Crabbe i Goyle to przygłupy (ale oczywiście nigdy nie powiedziałam tego Draconowi), a Pansy Parkinson jest strasznie wkurzająca, myśli, że ją lubię i jest dla mnie wzorem. Wolałabym usiąść z Luną. Zaczęła mi opowiadać o naprawdę fascynujących stworzeniach magicznych i naprawdę byłam ciekawa o czym mi jeszcze opowie. Pansy zaczęła coś do mnie gadać, myśląc, że ją słucham. W rzeczywistości zaczęłam się zastanawiać nad przydzieleniem do domu. Gdy tak o tym myślałam, nie zorientowałam się nawet, że Draco zdążył już kupić czekoladowe żaby, fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, balonówki Drooblego, paszteciki z dyni i wiele innych pysznych rzeczy. Gdy się już objadłam, chciałam się przejść po pociągu. Brzuch mnie bolał, więc potrzebowałam trochę ruchu. Uznałam to za niezłą wymówkę, żeby pójść do przedziału Luny.
- Draco, idę się przejść – powiedziałam niewinnie.
Pansy podejrzliwie mi się przyglądała.
- Dobra, ale zaraz wracaj. Niedługo wysiadamy – odparł Draco.
Ucieszona wyszłam z przedziału, w którym większość osób to kretyni. Szybkim krokiem przechodziłam przez wagony pociągu. W końcu znalazłam Lunę, siedzącą samotnie w przedziale. Czytała „Żonglera”.
- Cześć Luna.
- O, cześć Toni.
- Przepraszam, że nie usiadłam z tobą od razu, ale byłam zmuszona usiąść z moim kuzynem i bandą jego przygłupich kolegów i idiotycznej koleżanki.
- Nie ma sprawy. Przeczytałam sobie trochę artykułów z „Żonglera”. Mój tata jest jego redaktorem naczelnym.
- Serio? Ale fajnie! Masz tego trochę? Chciałabym sobie poczytać.
Luna kiwnęła głową. Tak świetnie się siedziało w przedziale Luny, że nawet nie zauważyłam jak zaczęła się szykować. Nagle do przedziału wpadł Draco. Nie wyglądał na zadowolonego.
- Toni! Co ty tu robisz? Wszędzie cię szukamy. Za minutę wjeżdżamy na peron!
- Przepraszam Draco, ale zupełnie straciłam poczucie czasu.
Dopiero wtedy Draco zauważył, że trzymam w ręce „Żonglera”.
- Wiem kim ty jesteś – zwrócił się do Luny. – Jesteś Lovegood, tak?
- Tak – powiedziała.
- Twój ojciec to redaktor naczelny tego śmiecia, zgadza się? – powiedział wskazując na „Żonglera”.
- Draco! – krzyknęłam pełna złości. Co on sobie wyobraża? Nie znałam go od tej strony. Czy rzeczywiście zawsze był taki? Nie mogłam w to uwierzyć! Po chwili milczenia spojrzał na mnie.
- Toni, wychodzimy – powiedział. – Pansy, Crabbe i Goyle już czekają.
- Cześć – powiedziałam smętnie do Luny.
Na pierwszy rzut oka Luna w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego co się przed chwilą stało. Jednak, gdy spojrzy się jej w oczy zauważy się, że nie ma tam rozmarzenia jak zwykle, ale smutek.
- Cześć – rzuciła, równie smętnie jak ja.
Draco w ogóle się do mnie nie odzywał, a jak wyszliśmy na peron, rzucił tylko, że ma nadzieję, że zobaczymy się w Slytherinie.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni, tutaj! – zawołał kudłaty facet wielkości dwóch dorosłych mężczyzn. Poszłam w jego kierunku.
- Pirszoroczni tradycyjnie dopływają do Hogwartu łódkami przez jezioro. Za mną! – oznajmił facet.

                                              .~*~.

Po dopłynięciu łódkami do ogromnej szkoły wprowadzono przez wielką bramę gdzie powitała nas wysoka czarnowłosa czarownica o srogiej twarzy. Przedstawiła się jako profesor McGonagall. Otworzyła szerzej drzwi i wprowadziła nas do sali wejściowej.
- W Hogwarcie są cztery domy: Gryffindor, Slytherin, Ravenclaw, Huffelpuff. Podczas waszego pobytu w Hogwarcie każdy dom zastępuje rodzinę. Za osiągnięcia wasz dom zyskuje punkty, a za przewinienia wasz dom traci punkty. Dom, który osiągnie największą liczbę punktów przy końcu roku zdobędzie Puchar Domów. Ceremonia przydziału odbędzie się w Wielkiej Sali przed wszystkimi uczniami – wyjaśniła i wyszła z komnaty.
Wszyscy zaczęli przygładzać sobie włosy, poprawiać szaty… Wtedy profesor McGonagall przyszła żeby wprowadzić nas do Wielkiej Sali. Salę rozświetlały tysiące świec unoszących się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedzieli uczniowie. Spostrzegłam Dracona, w towarzystwie pół mózgów. Uważnie mi się przyglądał. Byłam zdenerwowana. Wstał dyrektor szkoły – Albus Dumbledore.  Rozpoczął przemówienie. Nie miałam głowy do słuchania – bolał mnie brzuch, kręciło mi się w głowie i nie mogłam się na niczym skupić. McGonagall wyjęła tiarę, którą opisała jako Tiarę Przydziału. Tiara zaczęła śpiewać pieśń o jednoczeniu się i domach Hogwartu i ich założycielach. Profesor McGonagall zaczęła wyczytywać imiona pierwszoroczniaków.
- Luna Lovegood – zawołała.
Luna podeszła do stołka i usiadła na nim. McGonagall położyła na jej głowie Tiarę Przydziału.
- Lovegood, Lovegood, do jakiego domu by cię tu przydzielić? – mruczała tiara. – Ravenclaw! – zawołała po chwili.
Właściwie nie wiem czy mam się cieszyć, czy smucić – przecież sama nie wiedziałam do jakiego domu trafię.
McGonagall wołała Ginny Weasley, Colina Cleeveya i jeszcze trochę osób, aż w końcu…
- Konkordia Tonks – powiedziała.
Podeszłam do stołka niepewnym krokiem. Gdy już usiadłam, szybko odnalazłam wzrokiem Dracona. Uniósł wyżej głowę. Poczułam, że na moją głowę opada tiara.
- A no tak! Kolejna Tonks. Była już tu twoja siostra, pamiętam. No dobrze, ale czas już przydzielić cię do domu. No tak… Ravenclaw! – krzyknęła.
Draco spojrzał na mnie z wyrzutem. Ja zaś w pewnym sensie poczułam ulgę – byłam w końcu w tym samym domu co Luna!

8 komentarzy:

  1. bardzo podoba mi się ten blog! :) Zapraszam również do mnie na http://totwojczas.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że tak długo nie dodaję nowych rozdziałów, ale po prostu piszę wtedy kiedy mam wenę i pomysł co napisać. Prawdopodobnie dodam rozdział jeszcze dziś.
    P.S. Jeżeli naprawdę Wam się podoba, to zapraszam do bycia członkiem <3

    OdpowiedzUsuń
  3. o świetny blog
    i ładna jesteś (bardzo ;) )

    do wygrania KSIĄŻKA!
    DEMORDIE.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Już nie mogę się doczekać dalszej części ;)

    http://dusza-marzycielki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. No powiem ci ze świetne :))
    http://rozanszczanka-daria.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeju! Naprawdę się nie spodziewałam, że tak się wam spodoba ! Chcecie być członkami ? Zapraszam <3<3<3

    OdpowiedzUsuń